PWC Francja 2009

Na miejsce dotarliśmy w sobotę rano, rozłożyliśmy graty i ruszyliśmy na start dzień treningowy. Przepiękna okolica, (jezioro w kolorze blue… otoczone stromymi górami). Po całonocnej jeździe nie mam zbyt wiele siły. Postanawiam oblecieć jeziorko w koło. Po starcie i wykrętce widzę z tyłu Mt. Blanc, cały biały (4807 m n.p.m. – najwyższy szczyt Europy). Trochę burzy mi się plan lotu, ale po chwili decyduję się na oblot wkoło jeziora. Początkowo piękne skały po stronie W – jazda po prostej. Potem przeskok przez dolinę – nad krawędzią jeziora na drugą stronę doliny – tam wbijam się dość nisko, ale wszystko działa jak w książce. Znowu po grani (co ciekawe okazuje się, że zarówno E jak i W strona nosi znakomicie). Lecę wzdłuż, potem przeskok i jestem znowu nad startem. Dolot do lądowiska. Około 3 godziny w powietrzu. Dość.

Niedziela – pierwszy dzień zawodów

Rozpisują trasę – taki zygzak ok 60 km. Niestety warun jest cienki i na dodatek zbliża się do nas front od NW. Na start wpuszczają wg. literek kwalifikacyjnych. Katastrofa – stoję w upale około godziny gotowy do startu – masakra. Myślałem, że może będzie moment, że się komuś nie będzie chciało startować i wskoczę jakoś wcześniej, ale dupa.

No w końcu – dochodzą do literki D – takową posiadam. W powietrzu jest już około 60 pilotów, m.in. Łosoś, który walczy ze swoim glajtem, gdyż przed startem zmienialiśmy podwiązanie sterówek i niestety coś przeoczyliśmy. Po paru minutach ląduje. Czas jest liczony indywidualnie, ale od razu widać, że trzeba się śpieszyć i gonić czołówkę bo niebo zaciąga się dość szybko. Lecimy najpierw na punkt oddalony ok. 15 km na NE. Wbijam się w zbocze, niestety poniżej podnóża skał, i tu pierwsza postojówka. Powoli robimy wysokość. Lecę w grupie 7 glajtów. Potem idzie doskonale, nadrabiamy stratę, wbijam się skały nad lądowiskiem. Wiatr wzmaga się, niebo zaciąga się chmurami, zmierza ku nam opad, ale mamy jeszcze trochę czasu. Robimy punkt nad środkiem jeziora i ponownie na N – tym razem po skałach nad samym brzegiem – działają super. Część grupy poleciała odcinek tylną granią. Na wysokości Annecy wieje już bardzo mocno (ok 30 km/h).

Pozostaje do zrobienia punkt na płaskim oddalony od grani 3km. Robię wysokość i lecę, ale wiatr jest coraz mocniejszy. Widzę pierwszą grupę, która wbiła się już po zrobieniu felernego cylindra w tylną grań. Moment zastanowienia i podejmuję decyzję że wracam na tą, którą przyleciałem. Tym sposobem jeśli uda mi się dolecieć do niej, rysnę ich. Ale (czy zawsze musi być ale?) lecę z gościem na U4 – on jest z 50 m wyżej, trochę z tyłu. Pełna bela i… ok 500 m przed wpadam w wiatr 40-50 km/h. Na pełnej beli mam jakieś 5 -15 km/h, masakra. Trochę rzuca, ale ciągle lecę do przodu. Co będzie przy skałach? W końcu dobijam się do nich, ale tam wiatr ześlizguje się. Ciągle nie mogę przebić się na nawietrzną. Gość nade mną już jest. Brakuje mi może 50m gdy dostaje w końcu TĄ bombę. Spadam około 50m i teraz już wiem, że nie mam szans. Po odpuszczeniu beli lecę w tył. Masakra, muszę wcisnąć znów fula. Na szczęście silny wiatr stłumił termę i daję jakoś radę oddalić się od grani. Ląduje na łące, gdzie czeka już na mnie 15 pilotów którzy obserwowali moje wyczyny. Klepią po ramieniu i mówią że fajne małe acro.

Dojeżdżamy na lądowisko i tam okazuje się, że cała grupa lecąca tylną granią doleciała (i mój kolega na U4 też), ale task został anulowany, z powodu złej pogody. Na mecie była także Klaudia, Bartek, i nasz X-Alpowiec – Filip, na swoim nowiuśkim Boomie 6. Fajnie, bo to dobrze wróży – chyba szmatka mu siadła. W zawodach uczestniczy kilku X-Alpowców: Heli, Coconea, Roni. Filip całkiem nieźle przy nich wypada.

Wtorek

Od rana niebo totalnie zasnute niskimi chmurami, wszędzie mgły, ale prognozy głosiły poprawę od południa. O 11.30 wyjeżdżamy na start. Tutaj siedzimy ok. 2 godziny. W końcu mamy task – najpierw 66 km, potem skrócony do chyba 55.

Oczywiście czekam na swoją kolejkę. Na szczęście nie jest tak upalnie i starty idą dość sprawnie. Cylinder startowy otwiera się o 16:45. Po starcie szybko lecę w jego kierunku. Mam opóźnienia 30 minut, ale jestem przed cylindrem 10 min. Jest OK, robię wysokość i do pierwszego punktu lecę, powiedzmy, ze stratą 2min, ale po zrobieniu wysokości decyduję się jak zwykle na samotny lot w kierunku drugiego cylindra. Wszyscy lecą trochę okrężną drogą w kierunku dobrze oświetlonych skał. Ja zauważam, że zmienił się trochę kierunek wiatru i wieje w taki sposób, że wydaje mi się, że uda mi się na żaglu skrócić drogę – co dało by oczywiście pewną przewagę. Niestety okazuje się, że nie wieje idealnie i robienie wysokości zajmuje więcej czasu niż się tego spodziewałem, ale jakimś cudem udaje mi się przeskoczyć przełączkę dzielącą dwie granie, wlatuję na niby nawietrzną, a tu nic. Widzę Urbana Valicza, który wymyślił jeszcze wolniejszy patent. W końcu dobijamy do skał nad którymi krąży chyba ze 100 glajtów, tylko że ok 500 m wyżej. Mozolnie robią wysokość, cirrus zakrył całe niebo i terma siadła prawie do zera. Bardzo powoli, trochę na żaglu, trochę na bąblach zdobywamy wysokość. U podstawy tniemy już na termicznym żaglu wzdłuż skał w kierunku następnego punktu.

Po zrobieniu go są dwie opcje – przeskoczyć od razu na druga stronę jeziora (ale dość ostro pod wiatr), lub polecieć po skałach (wersja dalsza) tą samą stroną i uderzyć na punkt po najkrótszej drodze przez jezioro z bocznym wiatrem. Część zawodników wybiera drogę na skuśkę – m.in. Łosoś. Ja natomiast wybieram dłuższą, ale pewniejszą. Większa część zawodników lecących na skuśkę zrobiła punkt i wróciła z wiatrem w kierunku takiej „płetwy” skalnej, na której był żagiel – jedyna opcja na wykretkę, bo niebo już całkiem zasnute. Mojej małej grupce udaje się skok i nawet trochę nadrabiamy, ale na płetwie nie ma już ani trochę termy. Rzeźbimy na żaglu – około 30 paralotni. Nie udaje nam się już zrobić takiej wysokości jaką miała grupa przed nami i decydujemy się na skok przez jezioro w kierunku ostatniego punktu.

Większa cześć grupy decyduje się na skok pod kątem prostym na drugi brzeg w kierunku skał, a ja i jeszcze kilku gości przede mną lecimy prosto w kierunku na punkt po drugiej stronie jeziora. Po drodze widzimy, że nasz pomysł okazał się troszkę lepszy, bo uwiosłowaliśmy ze 2 km dalej niż reszta, ale i tak wylądowaliśmy na lądowisku nie zaliczając ostatniego cylindra. Po tym mielibyśmy już 10 km z mocnym wiatrem na metę.

Okazało się, że trasę zrobił tylko 1 pilot (Hiszpan). Reszta padła parę kilometrów przed. Nie mam pojęcia który jestem, ale myślę, że około połowy stawki. To tyle z dzisiaj. Idę jeszcze na chwilę na imprezkę i spać. Jutro ma być mega warun. Pozdrowienia dla wszystkich czytających również od Tomka Pankiewicza – naszego byłego kadrowicza, który lata z nami i wraca do formy.

Środa – dzisiaj miało być mega, ale było lekko średnio

Początkowo rozpisali task 72km, ale po długim oczekiwaniu zmienili na 49 km i indywidualny czas. Start miałem fatalny. Myślałem, że wyląduję,  ale po długich męczarniach udało mi się wykręcić. Do okna startowego wszedłem dość wcześnie, z planem że go opuszczę i wejdę jeszcze raz, ale wykrętka szła tak słabo, że stwierdziłem, że pewnie i tak nic z tego dnia nie będzie i postanowiłem lecieć. To był błąd – po może 30 minutach terma działała już zajefajnie. Dalej szło całkiem nieźle, ale moje wczesne wejście do cylindra zaważyło na wszystkim. Na koniec zrobiłem jeszcze jeden błąd – nie wierzyłem, że z wysokości skał dolnego startu da się przelecieć 10km do mety – GPS pokazywał doskonałość 16. Zostałem na skałach 10 min i zrobiłem 100m wysokości. Na metę przyleciałem oczywiście 100m nad wszystkimi, a grupka, z którą leciałem przyleciała 10 min przede mną na 20 metrach nad ziemią. Kiedy wreszcie zrobię coś mądrego na trasie? Chyba nigdy. Może to czas aby odpuścić zawody?

Czwartek

To była najdurniejsza decyzja jaką podjąłem. Nie piszę już więcej. Dałem dupy po raz enty. Przepraszam wszystkich czytających.

Zobacz też: