XCeara Open Classic 2009

Task 1. Początek lecieliśmy grzecznie razem z Pesonem plus jeszcze 2 niviuki. Jakiś inny glajt (advance?) leciał na północ od nas. Przed 12:00 zaczęły się problemy – jak co dzień, zniknęła większość chmur, a właśnie byliśmy na trawersie Madalehao i zaczynały się górki. Doleciał do nas lotniarz i pociął do przodu. Po chwili zobaczyłem, że się wykręca więc skoczyłem do niego. Razem ze mną jeden niviuk, a Peson z drugim niuviukiem był trochę niżej.

Zanim dolecieliśmy do lotniarza, on był już wysoko, a niżej latało kilka Urubu. Trochę podkręciliśmy… ale mało i się skończyło. Skoczyłem w kierunki małej górki, ale dusiło mocno po drodze. Zrobiło się już bardzo nisko. Nad wioską złapałem jakie max. turbulentne coś – 0.5 m/s na uśredniaczu. Niviuk miał coś lepszego, ale z 200-300 m pod wiatr ode mnie, a ja miałem 150 m nad ziemią. Jakoś przebiłem się do niego a raczej postałem w miejscu a on się do mnie nasunął, bo wiatr tutaj nieoczekiwanie zrobił się silny. Potem kilkakrotnie zmieniałem rejon krążenia nad wznoszącym się terenem szukając noszeń – na zasadzie obserwowania latających w powietrzu suchych liści, traw itp. Niviuk chyba próbował ominąć góry po lewej i chyba tam wtopił.

Peson zameldował lądowanie i że uszkodził sobie rękę przy lądowaniu – mi przykazał: „tylko nie spierdol i zrób to 300!”. Poleciałem centralnie przez góry śladem chmur i „nowego” lotniarza. Tutaj prędkość wiatru wyraźnie spadła. Za górami były już ładne, wielkie, wypasione chmury, ale prędkość lotu nie była rewelacyjna – 200 km miałem po 15:00.

Przed „kantem” – rodzajem uskoku, za którym jest granica stanu Ceara, potem ziemia niczyja i potem granica stanu Paui – jeszcze wykręcałem się z niezbyt dużej wysokości, a potem wkroczyłem na obszar bezludny i zalesiony, z jedną drogą przez środek tego naprawdę stumilowego lasu (czy raczej stumilowych krzaczorów, bo nie są za wysokie). Na szczęście miałem lecieć w poprzek, a nie wzdłuż tych 100 mil. Za uskokiem ten las jest zielony. Reszta tutejszego buszu jest o tej porze roku szarobrunatna i bezlistna. Przed sobą z 5-7 km zobaczyłem glajta. Leciał powoli i spokojnie, a ja próbowałem przyspieszyć.

Tutaj leciało się zupełnie inaczej – spokojne powietrze, słońce coraz bardzie poziomo świecące, wielkie chmury, spokojne choć niezbyt silne noszenia i świadomość, że w promieniu wielu kilometrów nie ma cywilizacji. Mój poprzednik chyba bez przekonania leciał, bo w pewnym momencie wylądował, ja przeleciałem nad nim i złapałem jeszcze 3 m/s. Na GPS-ie zobaczyłem kropkę „Pedro II”. W terenie ten obszar był w głębokim cieniu i nic nie było widać – poleciałem „na GPS-a”.

Pedro Secundo to duże miasto z wielka wieżą. Pokrążyłem trochę nad przedmieściami. Lądowałem na piaszczystym boisku piłkarskim, gdzie już czekało na mnie kilka osób. Zbiegło się jak zwykle mnóstwo ludzi – w większości dzieci, ale również trochę starszych. Rozdałem resztkę cukierków najmniejszym dzieciakom. Starsi jakoś wykazali zrozumienie i zawołali dzieci żeby nie szły za mną jak odszedłem na bok się wysikać. Zanim się spakowałem było już po zachodzie. Samochodem dojechałem do centrum miasta (5 reali). Tutaj wziąłem prysznic w hotelu, kupiłem regionalną (z Paui) pamiątkę dla żony (to rodzinny interes – hotel i sklepik, który otwarto specjalnie dla mnie). Jak zamówiłem obiad w restauracji obok, przyjechał samochód z jednym lotniarzem. Pięciu innych lądowało 40 km dalej i pojechaliśmy po nich. W hotelu byłem o 4:30.

Trzeci dzień…

…nie latałem, skręca mnie. Po powrocie z 280 km przelotu następny dzień był lotny i ktoś poleciał dwieście statuując o 12:00. Rano byłem mocno zmęczony, ale o 12:00 to już mogłem lecieć. Teraz przez dwa ostatnie dni wieje za mocno, lotniarze opowiadają „straszne historie” jak to ich wytorbiło. Wczoraj trzech „bohaterów” poleciało na glajtach, ale to nie jest ten typ latania jaki lubię… lub chociażby „jestem w stanie zaakceptować”. Jutro ostatni dzień…

Wczoraj po południu przyszły małpki. Są wielkości naszych wiewiórek, może ciut większe. Porobiłem im zdjęcia i nakręciłem trochę ruchomych obrazków. Ogólnie przyroda jest egzotyczna i warta uwiecznienia dla Europejczyka.

No i koniec wycieczki

Jutro wracamy. Dziś też nie udało się nam polatać, choć niebo wyglądało pięknie, ale wiało w porywach ponad 50 km/h. O ile bywały chwile kiedy dało by się wystartować, to potem są jeszcze góry do przelecenia. Część lotniarzy też zjechała na dół… cóż zmarnowane okazję się mszczą… Lotniarze, którzy dają radę latać w tych warunkach polecieli dziś ok. 380 km.

Na obrazku widok z hotelu na niezbyt łaskawą górkę.

XCeara Open Classic 2009, to najdroższe zawody na świecie. Może to, że robią je po raz (akurat q…a teraz!) 13-ty ma coś do rzeczy? Nie ma tutaj żadnej informacji meteo, żadnych briefingów, wyniki można czasami podejrzeć u tego kto je liczy, dyrektor zawodów „dał dyła” już w drugi dzień. Co prawda nie był do niczego potrzebny, bo wszystko się kręci. Tyle fajnie, że we wpisowym jest najlepszy hotel w okolicy. W hotelu podłoga jest z jurajskiego kamienia z dużą ilością skamieniałości.

Wczoraj byliśmy na wieczornym spacerze. Po drodze minęliśmy rój pszczół – zapewne tych brazylijskich pszczół morderców, ale ponieważ to był zachód słońca, to nie były specjalnie ruchliwe. Na górze nad hotelem, Almeida buduje sobie dom. Jest tam też startowisko dla glajtów i rampa dla lotni.

Zobacz też: