Mistrzostwa Europy 2008, Serbia

Jesteśmy tutaj – w miejscowości Niska Bania w Serbii – od Soboty. Niska Bania to miejscowość uzdrowiskowa z gorącymi źródłami – ciepła woda płynie strumieniem przez środek parku. Lataliśmy dwa dni treningowo. Podstawowy problem tutaj to oderwać się od górki po starcie. Są dwa startowiska: jedno duże na południe, gdzie wieje zwykle wiatr termiczny, i drugie, małe i z małym przewyższeniem, na północny zachód. Okolica ładna, góry przypominające Beskidy pod względem wysokości, ale z wapiennymi skałami. Jest zdecydowanie gorąco.

Przedwczoraj było oficjalne rozpoczęcie imprezy z defiladą zawodników przez środek miasteczka i z przemówieniami oficjeli w parku. Wczoraj odbył się safety briefing dla wszystkich zawodników, na którym m.in. pan doktor przypomniał zasady udzielania pierwszej pomocy, a potem pojechaliśmy na start z zamiarem grania pierwszej konkurencji. Odbył się pierwszy briefing, ale w trakcie odprawy dało się słyszeć grzmoty i konkurencja została unieważniona. Zjechaliśmy na dół samochodami, z których co najmniej kilka ma ponad ćwierćwieczną historię.

Organizacja imprezy jest na razie kiepska, ceny za to dosyć niskie, a tereny do chodzenia po górach bardzo ciekawe, z wioskami jakich w Polsce nie da się już spotkać.

Qrwa życie, my friend…

…jak powiedział jeden znajomy Grek pod biurem zawodów…

Dzisiejsza konkurencja była prawie taka sama jak wczorajszy nierozegrany task. Ale start po briefingu na górze przeniesiono na północ. Inaczej niż w poprzednich dniach tutaj też nie wiało. Kierunek wiatru zmieniał się i nie był silniejszy niż 3 m/s w porywach. Startowisko nie jest zbyt strome i jest trochę przeszkód typu krzaczory. „Ordered lunch” czyli start w/g kolejności w rankingu FAI (w następnych dniach, będzie w kolejności z zawodów) nie zadziałał zbyt dobrze – było mnóstwo nerwów, przepychanek i ostrych słów. Kasia miała chyba największe z nas problemy przy starcie – splątała się z kimś i wybierała glajta z krzaków. Nasunęło się wysokie zachmurzenie i termika została mocno stłumiona. Ja po starcie nic nie znalazłem i po 3-4 minutowym locie byłem na ziemi. Wjechałem powtórnie razem z Kaśką i całym teamem Litewskim, ciężarówką z glajtami.

Po powrocie na startowisko sytuacja nie wyglądała ciekawie – cirrus „odrzutowcowy” dalej zalegał na niebie, a wiatr wiał w poprzek startu. Ja się zdecydowałem na start po mało nachylonym zboczu w poprzek normalnego kierunku startu. Oblecialem startowisko i następne żeberko i znalazłem ciasne, ale mocne noszenie nawet do 4 m/s. Zrobiłem w nim ok. 1700 m, ale byłem praktycznie sam – poprzednia grupa, która wykręcała się w jakimś marnym meterku znad wsi daleko w przodzie już odleciała. Dwaj maruderzy kręcili się pod chmurką w kierunku trasy, ale jak poleciałem w ich kierunku to już nic tam nie było. Przeleciałem przez jakieś marne noszenie… potem plułem sobie w brodę, że nie wyżebrałem tam jeszcze z 300-400 m. Do zbocza następnej góry doleciałem, ale dusiło tam. Jeden glajt wyżej coś złapał, ale przede mną był rejon bez lądowiska z drogą i rzeką na dole idącą głębokim kanionem. Razem z jakimś czerwono-niebieskim „czymś`” skoczyłem na przeciwną stroną doliny nad pojedynczą górkę z kamieniołomem na dole i skałami. U góry nawet coś tam nosiło, ale dojechaliśmy nawet nie do wysokości szczytu. Jak się skończyło, poleciałem jeszcze do przodu, gdzie zrobiłem kilkanaście kółek w zerku. Czerwono-niebieski padł a ja chwilę po nim.

Pozbierałem się i poszedłem do „czerwono-niebieskiego”. Pilot w ciężkiej depresji siedział pod orzechem i wykazywał brak chęci konwersacji. Wytrzepałem buty i skarpetki z badziewia i podreptałem w kierunku drogi. Przy sklepie w którym wypiłem colę, jakiś zabiedzony chłopak o dosyć ciemnej skórze (lat ok. 6-8) zapytał o czekoladę. Dałem mu batonik i orzeszki, czyli to co zostało mi z lunch-pakietu i 10 dinarów na chleb. Odprowadził mnie na przystanek autobusowy po przeciwnej stronie drogi. Powiedział, że autobus do Niszkiej Bani będzie za 5 minut. Autobusem i potem jeszcze transportem organizatora wróciłem do biura.

Kasia padła pod startem za drugim razem, Łososiowi zabrakło ok. 38 km do mety, Pawłowi 40, Kaludii i Malemu trochę więcej. Ja przeleciałem 4 km. Podobno 2 osoby na mecie… kurwa życie…

Task pierwszy… miał być

Dzisiejszy transport na górę poszedł duuużo sprawniej niż wczoraj. Pogoda też całkiem inna – bezchmurnie i z początku prawie bezwietrznie. Wyłożono konkurencje 75,4 km. Ogólnie po grani z wiatrem plus dwa punkty zwrotne przed metą. Przed otwarciem okna startowego nawet wiało pod stok, ale jak tylko odtrąbiono „window is open” najpierw przestało wiać, a potem zaczął wiać z tyłu. Kilku pilotów, wśród nich Paweł, zdążyło wystartować w ciszy, a potem okno zostało zamknięte. Jeden młody Szwajcar przewiesił malowniczo glajta przez krzaczory. Konkurencja została przerwana za powodu tylnego wiatru na startowisku i braku możliwości zmiany startowiska dla reszty zawodników w taki sposób aby było to „fair”.

Przeszedłem z glajtem w różyczke na północny start i odpaliłem zaraz za Malim. Wysokość zrobiłem bez specjalnego problemu, dobry komin był 300 m poniżej na wprost od południowego startu. W tej części gór bezchmurna termika sięgała do ok. 1800 m. Dalej po grani było trochę lepiej, silniejsze noszenia i wyższy zasięg noszeń. Wróciłem nad startowisko w nadziei, że ktoś do mnie dołączy. Leciał Craig i jakiś Ozon. Poleciałem z nimi w kierunku trasy, ale oni polecieli nisko i chyba wtopili 5-8 km za startem. Ja poleciałem tutaj ostrożnie nad granią. 13 km za startem był pierwszy punkt zwrotny i zygzag pod wiatr. Zrobienie 2 punktu pod wiatr okazało się niebanalne. Leciałem z jakimś niebieskim Gin-em i dobrze się nam współpracowało.

Dalej lecieliśmy po grani, ale do mety było jeszcze ponad 40 km. Góry kończyły się na ok. 30-25 km przez metą. „Niebieski” i jakieś dwa Axisy polecieli po prostej, a ja postanowiłem przeskoczyć nad góry na południe od trasy. Nad największą górę łańcucha wleciałem na kilkuset metrach nad szczytem, ale nic nie było. Marny komin złapałem po drugiej stronie łańcucha. Ale przed metą trzeba było jeszcze przeskoczyć przez dolinę w drugą stronę aby zrobić przedostatni punkt zwrotny. Ok. 2 km przed przedostatnim punktem zawróciłem na metę, bo nie wyglądało to dobrze, a lądowanie w górach i powrót w upale do cywilizacji nie uśmiechał mi się.

Na mecie był już „niebieski” (Niemiec). Pogadaliśmy chwilę, spakowałem się i zacząłem zbierać wieści o reszcie ekipy. Paweł już się opalał na kąpielisku opodal. Dołączyłem do niego pośpiesznie. Kąpiel bardzo dobrze nam zrobiła, woda fantastyczna i tyle dziewczyn…

Chłodny front przechodzi…

…nie latamy dziś. Rano było jeszcze ładnie, ale szybko się zachmurzyło i nasilił się wiatr. Opady są spodziewane po południu, czyli już, ale na razie tylko pokropiło. W każdym razie jest szansa na zmianę pogody na bardziej chwiejną. Trwają też wyjaśnienia i protesty dotyczące wczorajszego tasku.

Byliśmy na wycieczce w jaskini w pobliżu. Latało tam mnóstwo nietoperzy – niektóre ocierały się w locie o nas. Śmieszne niezgrabne zwierzaczki kiedy wiszą na ścianach i suficie i cholernie sprawni lotnicy w powietrzu. Spod dziury wybijało źródełko, a z jaskini wiało zimnym powietrzem, ale nie byliśmy przygotowani sprzętowo ani mentalnie na eksplorację, choć mamy tutaj niezłą ekipę grotołazów.

Task 2: docel 57,1 km

Wczoraj przesiedzieliśmy całe przed- i część popołudnia na starcie, i ostatecznie nie było konkurencji. Było wysokie zachmurzenie, słaba termika i nasilający się wiatr.

Dziś dzień zaczął się ładnie, powietrze było „byste” i nie było na niebie żadnego cirrusa, czy innego badziewia, ale na starcie od rana dosyć mocno wiało. Za to wiatr miał słabnąć w ciągu dnia. Ja po pierwszej konkurencji byłem w zasadzie ostatni do startu. Czekaliśmy długo: start z ziemi był otwarty o 14:30, a o 15:00 była pierwsza bramka startowa w powietrzu. Następne co 15 minut.

Start był dużo lepiej zorganizowany niż w pierwszym tasku, choć nie idealnie. W ogóle cała organizacja po interwencji przedstawicieli FAI wyraźnie się poprawiła. Transport na start zadziałał dużo lepiej – jest 6 nowych van-ów zamiast jednego autobusu i transport na start odbywa się za jednym razem a nie na raty jak poprzednio.

Zadaniem na dziś był docel prędkościowy 57,1 km z wiatrem, z kilkoma możliwymi czasami startu (co 15 minut). Z nas tylko dziewczyny miały możliwość wczesnego startu, co pięknie wykorzystała Kasia. Czekając na start widziałem Anję Kroll, która wjechała powtórnie na startowisko – nie zabrała się za pierwszym razem. Ja po starcie nie miałem problemów z wykręceniem się ale nie zdążyłem dokręcić się do podstawy chmury kiedy noszenie się skończyło a chmura zaczęła rozpadać.

Do cylindra startowego miałem 500 m z wiatrem, ok. 2000 m.n.pm. na „budziku” i nie miałem możliwości wykręcić się wyżej. Całe „stado” – między innymi dobrze widoczny dzięki reklamie Łosoś – było 300-400 m powyżej. Przytrzymałem się kilka minut, których brakowało do otwarcia następnej bramki startowej w zerku i poleciałem z tą dużą grupą. Oni poszli po prostej wzdłuż doliny, a ja z młodym Szwajcarem – Michaelem Siegel-em na Omedze, jakimś SOL-em i Niviukiem polecieliśmy w góry. Do grani doszliśmy nisko i z początku nie było tam za mocno ale cała duża grupa spadła nisko.

Na końcu pasma uformowała się czołowa grupa i szeroko rozstawieni ruszyliśmy w okolice miasta Pirot. Tam za pasmem gór znaleźliśmy ostatni komin przed dolotem do mety. Dolot był z wiatrem, ale mocno dusiło nad środkiem doliny. Ogólnie dolot jak zwykle przekręciłem – mogłem z ostatniego komina wyjść jakieś 1,5 – 2 minuty wcześniej i jeszcze dolecieć z zapasem. Valica malowniczo poskładało na speedzie centralnie przede mną i chwilę spadał w dziwnej konfiguracji. Ja zrobiłem metę w 1 godzinę 21 minut i jakieś sekundy Paweł leciał ok. 3 minuty dłużej. Dolecieli też Łosoś i Mali, a na mecie czekała już na nas Kasia, Ewa i Robert, którzy odeszli we wcześniejszej grupie. Jedynie Klaudia gdzieś się zapodziała po drodze – miała jakieś problemy z elektroniką. Ogólnie dzień udany.

Ciepło i słonecznie

Przesiedzieliśmy na starcie, tym razem na tym dużym – na południe, cały dzień. Wiało z południa 5-7 m/s i start nie stanowił problemu ale termika nie chciała działać za dobrze. Wind-dumies latali do wysokosci 100-200 m nad start i było trudno zrobić konkurencję, tak aby była bezpieczna – na północ od startowiska jest rejon bez możliwości bezpiecznego lądowania. Jutro niestety podobny typ pogody. Ciepło, stabilnie.

W pysk dostałem…

…przed startem jeszcze, pakowałem się przed otwarciem okna kiedy startował z góry nasz „komputerman”… no i wpadł na mnie, potoczylem sie po stoku i po glajtach ale luzik, nic się nikomu nie stało.

Dzisiejszy task (56 km) był podobny jak poprzedni – ta sama meta, tylko inny punkt zwrotny po drodze. Ale odmiennie niż poprzednio startowaliśmy z dużego startowiska na południe. Zresztą zmienialiśmy startowisko dwa razy – z południowego „Riley” na północnego „fakir-a” i z powrotem na na południowe. Cały dzień gonił nas chłodny front.

Startowisko południowe jest duże, ale tak na prawdę jest tam tylko kawałek dobrego, gładkiego i stromego stoku (ustawionego na południowy wschód, a dziś wiało z południowego zachodu). Reszta to słabo nachylona łąka z ostrymi wapiennymi kamieniami wystającymi z trawy, upstrzona kolczastymi krzaczorami. Dziś Franta Pavlouszek, który pytał mnie kila razy czy nic mi się nie stało, po tym przedstartowym „knock-out-cie”, sam sobie uszkodził kolano na starcie.

Po starcie dało się utrzymać w powietrzu, ale zrobienie wysokości było niebanalnym zadaniem. Ktoś na biało-czerwonym Mercurym rzucił paczkę i przez chwilę zastanawiałem się czy to nie Kasia. Wylądował bezpiecznie ale w lesie. W momencie otwarcia startu nie byłem na dobrej wysokości aby polecieć w góry. Skoczyłem na południową stronę, przeleciałem nisko nad górką odstającą on głównej grani z trawiastym wierzchołkiem i tam na zawietrznej próbowałem coś wykręcić. Przeleciał koło mnie Mali. Uzyskaną wysokość zużyłem na przesuniecie się w lepszy rejon. Tutaj na granicy gór i płaskiego leciałem przez chwilę z Robertem, ale potem on skoczył samotnie nad środek doliny, a ja wybrałem góry. Znowu byłem nisko nad terenem i kilka innych glajtów latało w okolicy. Noszenia były słabe – ok. 1-1,2 m/s. W pewnej chwili udało mi się złapać mocniejszy 3-4 metrowy komin i wyjechałem na ponad 2000 m. Skoczyłem w kierunku pierwszej grupy, ale jak doszedłem w rejon gdzie zdobywali wysokość, to właśnie odchodzili z niego. Tam też było słabo. Razem z Andrzejem Małeckim (GER) skoczyliśmy w kierunku punktu i tam złapaliśmy mocniejszy komin. Po zrobieniu punktu dolot wykręcałem w przyzwoitym noszeniu 2 m/s. Pomiar czasu na mecie był 1 km przed linią, a potem trzeba było przelecieć przez „kreskę” ale już nie spiesząc się.

Do mety doleciały Ewa i Anja (obie przede mną), Doleciał też Paweł. Kasia padła na 30 km, Rafał na 37 km, Mali ok. 20 km, Klaudia na 14 km.

Warun zajebisty

Wczoraj przesiedzieliśmy cały dzień na starcie czekając na osłabnięcie wiatru, ale finalnie zjechaliśmy na dół samochodami. Nikt z zawodników nie chciał czekać do wieczora żeby sobie zlecieć. Z Malim, Karoliną, Pawłem i Fidelem pojechaliśmy się wykąpać. „Odkryliśmy” jeziorko tylko 30 km od Niskiej Bani – w okolicach miejscowości Biela Polanka. Woda ciepła, Paweł demonstrował swoje umiejętności w skakaniu do wody (4 m deniwelacji), ale ja się chyba przeziębiłem, nie wiem od czego. Wieczorem 3 Mistrzów Polski pojechało wypuścić Karolinę na wieczorne latanie na żaglu na Niską Banią. Wieczorem Jury rozpatrywało protest Macedończyków dot. zastąpienia Franty Pavlouszka przez Petrę Slivovą w teamie Czeskim, protest oddalono.

Przekaszlaną noc odsypiałem dziś na startowisku. Start do konkurencji był z północnego startowiska (tzw. „fucking Fakir”). Czekaliśmy znowu dosyć długo, tym razem na poprawę warunków termicznych –  wkoło codziennie są chmury, a nad nasza górką nie ma – wygląda na to, że jest to najgorsze miejsca do latania w całej Serbii. W końcu komitet taskogenny ustalił zeznania i rozpoczęły się starty do konkurencji. Moja pozycja w rankingu trochę się poprawiła po poprzednim tasku, więc startowałem w przyzwoitym czasie po otwarciu okna – zdążyłem na drugi slot czasowy 14:00 (pierwszy był o 14:00 ale nikt w nim nie poleciał). Ponieważ na briefingu byłem jeszcze zaspany, to zapomniałem zobaczyć ile km ma cylinder startowy, a przez radio nikt mnie chyba nie słyszał. Wypatrzyłem Kasię, podleciałem do niej w kominie i zapytałem ją donośnym głosem 😉

Ponieważ do startu wykręcałem się „z marszu”, to miałem stratę ok 200-300 m wysokości do czołowej grupy, ale zdecydowałem się lecieć i nie czekać. Oni byli na pierwszym punkcie zwrotnym 2-3 min wcześniej, ale potem był przeskok przez dolinę gdzie dusiło i po przeskoku ich doszedłem wybierając lepszą trasę. Dolecieliśmy z powrotem do pasma idącego wzdłuż gór. Oni skoczyli pod wiatr, a ja poleciałem bardziej w kierunku punktu. Złapałem jakiś ciasny komin, przyleciał do mnie Szorochow i potem jakieś inne glajty. Niezbyt mocny komin z początku przybliżał się do punktu zwrotnego, ale minął go w niewielkiej odległości. Noszenie się później poprawiło i wykręcaliśm je niewielką grupką, w której był Valic na Niviuku, Robert Bernat, jakiś inny „JuPi” i kilka innych glajtów. Wyglądało, że jesteśmy w tej chwili pierwsi. Z tyłu zrobił się piękny Cu, ja postanowiłem się pod niego wrócić. Po drodze zrobiłem punkt zwrotny, kiedy usłyszałem głos Pawła w radiu, że „task is canceled”. Przełączyłem się na częstotliwość organizatora aby to potwierdzić, ale zachowanie innych wskazywało, że to fakt jest. Za początku chciałem nawet polecieć dalej ale brak transportu powrotnego w przypadku dalekiego lądowania i konieczność zameldowania się (i teamu) po locie spowodowała, że obróciłem się z powrotem.

Pod wiatr prędkość na GPS-ie oscylowała ok. 15-20 km/h. Leciałem nad żeberkami, na których wykręcaliśmy się przed drugim punktem zwrotnym. Na podejściu do pola przy drodze okazało się, że wszyscy „nasi” są tutaj w powietrzu. Mali, ja i Paweł lądowaliśmy przy samej drodze, a dziewczyny i Łosoś na łączce 200 m od drogi. Oczywiście ci, którzy nie wrócili się z wiatrem, szybciej wsiedli do transportu i nam tylko pomachali. Zabraliśmy się autem Niemieckim tzn. z Ewą i Robertem. Niemiecka była pani kierowca i jeszcze jeszcze jeden pilot (Peter – majtkowo niebieki boomerang).

Siedząc na ziemi podziwialiśmy piękne szlaki Cu na trasie. Konkurencja podobno została przerwana z powodu silnego wiatru w okolicach drugiego punktu zwrotnego. Wiatr tam wiał ale dało się polecieć pod wiatr.

Dziewczyny ładnie dziś poleciały a ja mam pozamiatane

Klaudia doleciała dziś w czasie 2h 38 min, Paweł 2h 53 min, Kasia też doleciała do mety. Pewnie trochę dłużej leciała, bo jeszcze nie wróciła. Mali padł na ostatnim punkcie zwrotnym, Łosoś też gdzieś padł.

Task dziś był zupełnie inny niż graliśmy (lub próbowaliśmy) przez ostatnie 2 tygodnie. Po starcie wykręciłem się w kominie dokładnie nad startowiskiem samotnie, bo na starcie nic nie wiało i nikt się nie chciał rzucić. To startowisko (fucking Fakir) nie jest przyjemne bez wiatru. Cylinder startowy wybrałem dobrze, wystartowałem w drugiej grupie. Lecieliśmy z Robertem Bernatem, ale po doleceniu w okolice Niskiej Bani zorientowałem się, że nie mam włączonego tracka na żadnym Giepsie. Próbowałałem wrócić się te 7 km, ale tutaj było dosyć cienko i pod wiatr, co prawda niezbyt silny. Padłem pod górami. Chciałem jeszcze dojść na start, bo okno było jeszcze otwarte ale to było ok 5 km i nie zdążyłem. Wróciłem stopem, kiedy na oficjalnym lądowisku lądowała Karolina.

I po Mistrzostwach…

Dziś rozegrał się ostatni task. W końcu taki normalny wyścig do mety, pogoda też przyzwoita, choć z rana nie wyglądało dobrze na startowisku. Wiało ze wschodu, a tutejsi znawcy nie umieją latać przy takim kierunku wiatru. Termika „ruszyła” na poważnie z pierwszymi zawodnikami. Nawet dało się wykręcić 2400. Nad startem usłyszałem, że Mali rzucił paczkę, ale że wszystko OK i że się składa.

Trasa wiodła po górach, gdzie nas dotąd nie było, ale gdzie był rozgrywany Puchar Świata. Ja z pewną taką nieśmiałością podszedłem do tych górek bez śladu chmur nad nimi. W rezultacie czołowa grupa uciekła mi zaraz po cylindrze startowym, a ja zostałem pod chmurą, no i już ich nie dogoniłem. Leciałem trasę w większości sam, bez rewelacji.

Przyzwoicie doleciał Łosoś. Ja, Paweł, Kasia i Klaudia dolecieliśmy w podobnym czasie. Ewa i Anja też były w naszych okolicach, więc Ewa obroniła się i tym samym zdobyła tytuł Mistrzyni Europy.

Zobacz też: